Film widziałam już rok temu, jednak dopiero ostatnia powtórka natchnęła mnie do napisania o nim. Wcześniej jakoś weny nie miałam, czasu chyba też ( tyczy się to również "Paramasivam" oraz wielu innych filmów...) "Amarkalam" obejrzałam z wiadomego względu- gra tu mój ulubiony aktor (Thala *.*, którego to wielbię bezgranicznie, acz nie bezkrytycznie;-)) a dodatkowo zagrał tu ze swoją przyszłą żoną, Shalini, którą to poznał właśnie na planie tego filmu.
Vasu (Ajith Kumar) to lokalny bandyta. Czas upływa mu na piciu i bijatykach. Jego główną siedzibą jest miejscowe kino. Pewnego dnia, gdy Dhamu ma odebrać rolki z filmem "Annamalai", jedna z nich ląduje na dachu samochodu, należącego do Mohany (Shalini). Jednak ta tak łatwo jej nie odda, ponieważ Vasu stłukł jej lusterko. Tymczasem do kina przychodzi dziwny mężczyzna, który okazuje się być dawnym przyjacielem właściciela. Tulasi Das (Raguvaran) po kilkunastu latach wyszedł z więzienia a jego jedynym pragnieniem jest zemsta na, jak się później okazuje, ojcu Mohany. Jest nim szanowany policjant, Birla Bose (Nasser). Tulasi nie cofnie się przed niczym a o pomoc poprosi Vasu...
W tym filmie mamy możliwość zobaczenia Thali nie jako społecznika (ten nurt przyszedł trochę póżniej), nie w podwójnej roli ( tutaj muszę wręcz wspomnieć o jednym z najlepszych filmów, jakie miałam możliwość z Thalą zobaczyć, czyli "Vaali”), lecz jako bohatera kina akcji.
Film opiera się głównie na dwóch osobach, czyli Vasu i Mohanie. Później pojawia się bardzo demoniczna i tajemnicza postać, czyli Tulasi Das, który to nieźle namiesza...
Fabuła ma jak dla mnie kilka niedociągnięć, które niestety nie wpłynęły zbyt dobrze na mój odbiór filmu. Są momenty, kiedy zwyczajnie sie nudziłam, kiedy się irytowała. Tutaj to zasługa głównie "komików", którzy niestety tutaj mają trochę za dużo czasu na ekranie... Zabrakło mi również tego "czegoś" w parze głównych bohaterów. Może zbyt płytko potraktowano ich charaktery, budowanie relacji między nimi. A szkoda, bo mogło wyjść to znacznie lepiej. Chociaż tym samym nie można odmówić chemii między naszymi głównymi bohaterami. Gdyby popatrzeć natomiast osobno na głównych bohaterów, to jest ciekawie.
Vasu został przedstawiony jako młody- gniewny, doświadczony przez los. Później rozdarty między uczuciem do Mohany a żądaniami Tulasiego. Nie jest to wybitna rola Ajitha, tym bardziej w świetle wcześniejszego "Vaali", jednak nie można odmówić wspaniałego sportretowania uczuć swojego bohatera, drzemiących w nim emocji, które w pewnym momencie eksplodowały ( piosenka "Satham illatha"). Mohana natomiast to zwyczajna dziewczyna, dorastająca w domu pełnym miłości ( i policjantów ;-)). Otacza ją dobrobyt. Pochodzi z całkowicie odmiennego świata. I niewiele więcej o niej wiadomo, prócz dodatkowo tego, że ma dobre serce i pomaga niewidomemu Charliemu.
Bardzo podobał mi się mrroczny charakter, zagrany przez idealnie pasującego do takich ról Raghuvarana ( niestety, już nieżyjącego). Jego pojawianiu się towarzyszy trochę dziwna, mroczna i przerażająca melodia. W retrospekcjach poznajemy motywy jego zemsty na ojcu Mohany. Stara się również wpłynąć na Vasu, który podatny jest na jego wpływy. Gra na jego uczuciach, bezczelnie go wykorzystując, nie zważając na nic i na nikogo. Nie zawaha się przed niczym, byleby tylko się zemścić.
Plusem jest muzyka. Dobrze wkomponowana w fabułę, oddająca charakter danego fragmentu, w którym pojawia się piosenka. Niestety, nie znalazłam na tubisiu mojego ulubionego klipu z Shalini. Mimo wszystko, jednak nie jest za bardzo w stanie podnieść wartości filmu.
Generalnie, źle nie było. Niedociągnięcia wpłynęły w moim przypadku negatywnie na odbiór filmu, jednak, paradoksalnie, dla Ajitha mogłabym obejrzeć po raz kolejny ;-) Jest coś w roli Vasu, co sprawia, że ciągnie mnie do tego filmu.