Ostatnie notki
Zakładki:
Bolly,Kolly,Tolly i reszta
Kontakt
Oni też piszą
Ulubione sklepy
|
Blog zdominowany przez zafascynowanie Thalą, Udayem Kiranem, kollywoodem i kinem marathi.
czwartek, 04 lutego 2010
Ajith w ,,Ji" (2005)
A konkretnie w klipie ,,Vamba". Sam film mam już od ponad roku, chyba:) (jeśli nie dłużej). Początkowo miałam go w wersji zdubbingowanej na telugu, gdzie na płycie jest zdjęcie Ajitha, ale z "Attahasam". Napisów, rzecz jasna, brak. Natomiast jakiś czas temu wpadła mi w ręce oryginalna, tamilska wersja językowa. I chyba w końcu zdecyduję się na seans. Podobną sytuację miałam z jednym z filmów Udaya Kirana ,,Poi". Miałam wersję telugu ,,Abbadam", ale wolałam poczekać na tamilską ;-) Wracając jednak do Ajitha i ,,Ji". Uwielbiam wręcz szalenie energetyczne ,,Vamba"[klik]
Zainteresowani mogą przesłuchać muzykę ze zdubbingowanej wersji tutaj. "Vamba" to "Panjavisire". Stanowczo wolę wersję tamilską.
wtorek, 02 lutego 2010
Zoobie Doobie-3 idiots
Raz usłyszałam tą piosenkę w radiu i od tamtej pory cały czas za mną chodzi. I nie mogę się doczekać aż obejrzę film ;-) Chyba budzi się we mnie sympatia do Aamira.
Ach, no i jakbym mogła zapomnieć o "All izz well" ^^ Jak oglądam ten klip, to aż się buźka zaczyna mi śmiać ;-)
niedziela, 31 stycznia 2010
Sanai Choughade (2008)
Po śmierci matki, Sai opiekuje się jej siostra Urmila z mężem Srikantem. Na łożu śmierci przyrzekli, że wydadzą ją za mąż. Uważają, że powinni zająć się tym profesjonaliści i tak trafiają na biuro Kaande Pohe z niecodziennym sposobem dobierania par. Tam Sai poznaje Aditye i wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Jednak jest coś, co Sai ukrywa... Przed obejrzeniem "Sanai Choughade" trochę sobie o tym filmie poczytałam, a przyznać muszę, że nie robię tego zbyt często. Zaciekawiła mnie historia, która pozornie może wydawać się banalna. Jednak w trakcie oglądania dochodziłam do wniosku, że jest nowoczesna i życiowa. I taka rzeczywista. "Sanai Choughade" porusza ważne aspekty czasów współczesnych.
Początkowo wszystko zdaje się układać idealnie. Spośród wybranych kilku osób, Sai znajduje wspólny język z Adityą. Rozumieją się, dobrze im ze sobą. Aditya ze spokojem przyjmuje fakt, że Sai kochała kogoś wcześniej. Są parą niemal z marzeń. Jednak "obóz", który zorganizowało biuro, przewiduje wieczór prawdy, gdzie każdy wyjawia swój sekret. I w tym momencie wszystko zaczyna się komplikować, bo Aditya nie był przygotowany na to, co powie mu Sai. Rahul robi wszystko, by jednak młodzi byli razem, bo dewiza biura jest najważniejsza...
Z jednej strony mamy tradycjonalistyczną instytucję aranżowanych małżeństw, często z udziałem osób, które się na tym znają. Współcześnie- biur matrymonialnych, które mając do dyspozycji cały sztab ludzi, poszukują potencjalnych kandydatów na żonę/męża. Biuro "Kaande-Pohe" wyznaje zasadę, że nie ma rzeczy niemożliwych i na wszystko, na każdy problem znaleźć można rozwiązanie. Jednak ten pewien światopogląd, wyznawany przez szefa biura- Rahula, może runąć, gdy na horyzoncie pojawi się Sai, z dosyć nietypowym, a może raczej, niecodziennym problemem. Takim, którego chyba zbyt często w filmach się nie porusza. A może i tak, tylko ja na takie filmy nie trafiam ;-) Jak już wyżej wspomniałam, historia jest bardzo rzeczywista i realistyczna. Każdy w swoim życiu przeżywa chwile radosne, szalone ale i znajduje się na zakręcie, nie wiedząc, co robić. Będąc totalnie bezradnym. Czasem popełnia błędy, szuka pomocy, ale i akceptacji. Te właśnie aspekty życia można znaleźć w tym filmie. Dla mnie małym zgrzytem było zakończenie, może trochę niepasujące do ogólnego charakteru filmu. Jednak ono nie wpłynęło jakoś mocno na sam odbiór filmu przeze mnie, bo bardzo mi się podobał. Począwszy od samej historii, przez świetną i pasującą muzykę, po naturalne i świetne aktorstwo.
Główna bohaterka, grana przez Sai Tamhankar jest urzekająca i urocza. Jest wdzięczna i naturalna. Taką dziewczynę można spotkać w rzeczywistości. To mój ulubiony typ- zwyczajna, młoda dziewczyna ale o trochę niezwyczajnej przeszłości i doświadczona przez los. Aditya gdzieś się gubi, nie wbił mi się w pamięć. W przeciwieństwie do Shreyasa, który pojawił się na chwilę, ale zrobił na mnie wrażenie. Co do szefa "Kaande Pohe" czyli Rahula, granego przez Subodha Bhave. Na początki strasznie mnie irytował z tą swoją maniakalną wręcz i uporczywą próbą spełniania dewizy swojego biura. Nie ważne jakimi sposobami, ale trzeba doprowadzić do ślubu. Jest marketingowcem i wywlekł na zewnątrz problem Sai. Oj, to nie było fajne... Co oglądam kolejny film marathi, to w większości mi się podoba. Wydaje mi się to trochę niepokojące ;-)"Sanai Choughade" zarobił u mnie wielki plus za temat i sposób jego przedstawienia. Cieszy mnie to, że poruszono tu tak trudny i wrażliwy temat w sposób przystępny i prosty.
środa, 27 stycznia 2010
Copycat Bharathwaja w "Aasal"
Kopiowanie z innych piosenek to wśród indyjskich kompozytorów (filmowych) nic nadzwyczajnego ;-) Tym razem padło na Bharathwaja, który jest autorem muzyki do Ajithowego "Aasal". Przy jednej z piosenek słychać mocne inspiracje "Yeh Ishq" z Jab We Met. Przeczesując youtuba trafiłam na to
Jak dla mnie to podobieństwo jest, szczególnie w niektórych partiach. Jednak wersja tamilska bardziej mi się podoba. Natknęłam się również na infromację, jakoby było podobieństwo Asalowego "Yengey Yengey" do "Enge Nimmadhi" z Puthiya Paravai. [Tak lubię tę pieśń, że wkleję ją ponownie, mimo, że jest kilka wpisów niżej ;-)]
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Peranmai (2009)- Jayam Ravi w obronie Indii
Zawsze lubiłam filmy, gdzie strzelali ;-) Od dziecka oglądałam filmy wojenne czy przygodowe i nadal je lubię. Nie powiem, ile razy widziałam "Rambo" ;-) A jak się trafia indyjski wojenny ( np "1971 POW") lub przygodowy ( tak jak "Peranmai") z aktorem, którego lubię, to nic więcej mi do szczęścia nie trzeba. Na "Peranmai" trafiłam trochę przypadkowo, bo choć Jayama Raviego lubię, to specjalnie nie interesowałam się jego filmami. Jednak jak zobaczyłam to, to wiedziałam, że to jest must see.
Dhuruvan (Jayam Ravi) zajmuje się szkoleniem kadetów podczas NCC (National Cadet Corps). Wie wszystko o lasach, nie mają one przed nim żadnych tajemnic.
W filmie widoczne jest inspirowanie się amerykańskimi przygodówkami w stylu "Rambo". Jednak tutaj cała te specyficzność tego typu obrazu została w sposób bardzo zgrabny przeniesiona na grunt indyjski. Przy okazji pokazano życie ludzi z niższych kast, którzy, w przypadku osady w "Peranmai", mieszkają w nielegalnym miejscu, są odcięci od nauki. Jednak oni mają Dhuruvana, który jest ich strażnikiem, opiekunem i nauczycielem. Jemu udało się wyrwać ze szponów ograniczeń dla ludzi kast niższych. Czyta książki ( w tym "Białe noce" Dostojewskiego), uczy małe dzieciaki. Jest autorytetem. Co do kastowości- podejrzewam, że w niektórych miejscach reżyser czy autor scenariusza, nieźle sobie "pojechał", bo w rozmowie dotyczącej Dhuruvana pomiędzy jego szefem a 5 dziewcząt ( należącym do kasty wyższej, niż Dhuruvan), część wypowiedzi jest wyciszona... Zresztą nie tylko tam...
Największą niespodzianką był tu dla mnie Jayam Ravi. Wcześniej kojarzyłam go głównie z ról słodkich chłopaków, może takim wyjątkiem było "Deepavali". No i był dla mnie chłopcem od remaków. W "Peranmai" od pierwszej chwili, gdy pojawił się na ekranie, nie mogłam uwierzyć, że to ten sam Jayam Ravi. Niesamowicie męski, powściągliwy, chodzący twardziel. Jednak to był tylko przedsmak. W lesie dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy ;-) W scenach kaskaderskich jest niesamowity. Fanki cielesności znajdą tu coś dla siebie, i to już na samym początku filmu, gdyż nasz bohater paraduje w niezwykle skąpym wdzianku. Tutaj mała próbka, bo pojawia się jeszcze zbliżenie na pewną część ciała... Ravi z niezwykłą swobodą przechodzi z roli spokojnego trenera i nauczyciela w bohatera kina akcji. Pojawia się tu również villain. W rolę Andersona wcielił się Ausrtyjak Roland Kickinger, młodsza wersja Arnolda Schwarzeneggera ;-) Tutaj opowiada, jak dostał rolę.
Cała 5 dziewcząt również zapada w pamięć. Każda jest inna, ale w chwili, kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo, potrafią współpracować i ich uprzedzenie do Dhuruvana mija. Są niesamowite. Energiczne, żywiołowe i mściwe. Są świetne i nie potrafię wytypować tej najlepszej wg mnie. Są naturalne. W obsadzie pojawia się również Vadivelu, jeden z "ulubionych" komików, jaki pojawia się w filmach tamilskich. Tutaj nie jest drażniący. Ma wprowadzić jedynie pewną aurę beztroski, radości na spólkę z Oorvasi, nauczycielką i opiekunką dziewczyn. Film jest zróżnicowany pod względem wątków. Są tu i humorytyczne tematy, społeczne, ale dużą część zajmuje spora dawka heroizmu w najczystszej postaci. Oraz patriotyzmu. Pewne rzeczy sugerują, że może się pojawić i wątek miłosny, ale czy się rozwinie?
Ogólnie mówiąc, pierwsza część, rozgrywająca się w campusie, jest trochę powolna. Tutaj głównie widać dogryzanie dziewczyn, zabawy. Ta cała nagonka na Dhuruvana i akcje, którwe wymyślają dziewczyny stają się w pewnym momencie irytujące... Całe szczęście później już akcja zaczyna wręcz galopować. Zaczyna się najczystszy film przygodowy. Przyznać muszę, że niektóre sceny były dla mnie brutalne, choć w południowych filmach widziałam już niejedno...
Film jest dosyć odważny. Nie jest to standardowy film "hirosowy", z typowymi zagraniami, z bohaterem o niebywałej sile, zdolnym rozgromić 10 bad guyów. Tutaj postawiono na spryt i intelekt bohatera, choć siła jest równie istotna. No dobrze, jest jeden zaskakujący moment ;-) Jednak nie jest przerysowany. Zresztą Ravi odbył specjalny trening. Jeśli ktoś średnio przejmuje się recenzjami, lubi tego typu filmy, to gorąco polecam.
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||