Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Mój świat, czyli to, co aktualnie mnie interesuje. To, czemu poświęcam swój czas. Wszystko się zmienia więc i ja też.
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Arytmetyka diabła (1999)

Kolejny obozowy film, jaki miałam okazję obejrzeć. Film powstał na podstawie powieści Jane Yolen.

                   

Hannah Stern (Kirsten Dunst) to młoda Żydówka, żyjąca w USA. Buntownicza 16-sto latka, nie rozumiejąca tradycji oraz tego, co przeżyli jej bliscy kilkadziesiąt lat wcześniej, podczas II wojny światowej. Ma dosyć ich opowieści a spędy rodzinne są dla niej jednym, wielkim koszmarem. Podczas jednego z takich zjazdów, na święto Pesach, członkowie rodziny wyznaczają ją na osobę, które otworzy drzwi Eliaszowi.

          

Gdy je otwiera, mrok rozświetla dziwne światłoa sama Hannah odkrywa, że znajduje się w zupełnie innym miejscu, w innym czasie. W Janowie Lubelskim, w październiku 1941r. Hannah wraz z kuzynką Rivkah (Brittany Murphy) bierze udział w uroczystościach weselnych. Ślub przerywa wjazd nazistów do Janowa i wywózka wszystkich Żydów...

         

Ocenię ten film niejako z dwóch stron. Z jednej- poruszający film, starający się przekazać choć niewielki wycinej okrucieństwa, jakiego doświadczyli Żydzi. Pośród tego młoda dziewczyna, która doskonale wie, co się działo z Żydami w obozach. Nie mogąca zrobić nic. Z tej strony- jak najbardziej ok.

Z drugiej strony- wiele absurdów czy niedociągnięć, na które, szczerze mówiąc, przygotowana nie byłam, bo recenzje, jakie czytałam, były nawet zachęcające... A wystarczyło zajrzeć na inne stronki, na których napisano o minusach tego filmu, z którymi w większości się zgadzam i poniżej o nich napiszę.

Niespójności- więźniów tatuowano głównie w Auschwitz- Birkenau ( z naciskiem na ten pierwszy). W pozostałych obozach więźniowie nosili blaszki z numerem. I nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale tatuowanie Żydów igłą a nie metalowym urządzeniem, wprowadzono w Auschwitz na wiosnę 1943r. Ale tu mogę się mylić. Obóz pokazany w filmie Auschwitzu nie przypominał, nawet tego w początkowym okresie, dopiero budowanego. Bardziej to wygląda na Birkenau. ALE. To nie te komory gazowe. Ta pokazana w filmie to niewielka komora na kilka osób. Naziści nie marnowali by takiej ilości Cyklonu B na góra 20 osób...

         

W którym obozie Komendant pozwalał sobie na dyskusje z więźniami, wychodzienie ich poza teren baraku po "kolacji", swobodne rozmowy kobiet i mężczyzn? Co za komendant pozwalał na śpiewanie żydowskich pieśni podczas egzekucji więźniów? A było tego wiele więcej.

         

Więźniów podczas pracy pilnowali kapo, a tutaj po błotku maszerowali SS-mani. Przemilczę fakt, że powinny to być kobiety, jako, że konkretne sceny działy sie w kobiecej części obozu.

        

Oznakowanie więźniów również było niespójne. Raz była gwiazda Dawida, raz jej nie było, Za innym razem winkiel był obrócony do góry nogami.

No ale czego spodziewać się po produkcji amerykańskiej... Gdyby dopracowano szczególy, być może byłby to obraz znośniejszy, może bardziej zbliżony do prawdy. A tak- wyszło coś dziwnego, bajkowego, żeby nie powiedzieć baśniowego, z wieloma niedociągnięciami. Już "Chłopiec w pasiastej piżamie" jest wg mnie znośniejszy i bardziej dopracowany.

niedziela, 03 maja 2009
KORNBLUMENBLAU (1988)

"Kornblumenblau" to polski film z 1988r ( premiera w roku następnym, czyli w 1989) nagradzany wielokrotnie na festiwalach filmowych, m.in. na XV Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Scenariusz powstał na podstawie książki Kazimierza Tymińskiego pt. "Uspokoić sen", której niestety nie miałam okazji przeczytać.

                      

Historia rozpoczyna się prologiem, podczas którego poznajemy głównego bohatera, a raczej jego dzieciństwo. Oto na świat przychodzi Tadzik. Chłopak rośnie w szczęściu i dostatku, kształcąc się na muzyka, tak jak chciał jego ojciec. Jako, że rodzina myśli również praktycznie- posyłają go równiez do szkoły, by zdobył bardziej praktyczny zawód górnika.

      

Gdy wybucja II wojna światowa przywdziewa mundur Strzelców Podhalańskich, natomiast po klęsce wrześniowej- działa w konspiracji. Niestety, trafia do obozu koncentracyjnego. Cudem udaje przeżyć mu się liczne choroby, wliczając w to wstrzykiwane mu zarazki tyfusu. Tadzik ma niebywałe szczęście jak na warunki obozowe- udaje mu się trafić do dobrego bloku. Blokowym jest tam Kornblumenblau, zwany tak od jego ulubionej piosenki. Poszukiwał on więźnia, potrafiącego grać na akordeonie i tak, blokowy mający skłonności homoseksualne, trafia na Tadzika.

       

       

Gdy dłużej nie może go ukrywać, załatwia mu pracę przy obieraniu kartofli dla SS. I tak, po jakimś czasie, otrzymuje pracę jako kelner. Kiedy okazuje się, że z obozu uciekło 3 kucharzy, cały blok otrzymuje wyrok śmierci. Cuda Tadzika jednak dalej się trzymają i zostaje ocalony, by przygrywać dzieciom niemieckich oficerów. I takim oto sposobem trafia do orkiestry. I tu doczeka wyzwolenia. 

Zapewne reżyser doskonale poznał mentalność "człowieka zlagrowanego". Czyli człowieka, który na skutek przebywania w nazistowskim obozie koncentracyjnym, odrzucił wszelkie wartości humanitarne i myślał egoistycznie, martwiąc się tylko o własne przeżycie. Czy ukazał to w filmie? Sądze, że nie do końca. Tadzik starał się pomagac innym, obiecując im pomoc w przeniesieniu do lepszego bloku i komanda, wiele przy tym ryzykując... W filmie nie pokazano, jakoby odrzucił wszelakie cechy człowieczeństwa. 

       

      

Film różni się od znanej mi "Pasażerki" Munka. W "Kornblumenblau" nie ma aż tak silnego akcentowania cierpienia jednostki i tragedii. Brakuje tu tez ironicznego spojrzenia Borowskiego, którego zapisku były jego obozowym doświadczeniem oraz wypadkową obserwacji zachowań ludzkich w obozie. Leszek Wosiewicz stara się pokazać właśnie zachowanie jednostki w sytuacji ekstremalnej, jaką jest pobyt w obozie. Pokazuje równieź miejsce sztuki, w tym przypadku muzyki, w obozowym świecie. Dwuznaczne miejsce, widocznie zarówno podczas przygrywania orkiestry obozowej wymarszom komand jak i umilania czasu oprawcom. 

      

      

Reżyser nie unika pewnych przejaskrawień, ale przede wszystkim jego film stanowi również zapis pewnych obozowych zwyczajów i obrządków. 

Aktorstwo jest bardzo dobre, a w pierwszym momencie kompletnie nie poznałam Krzysztofa Kolbergera w roli blokowego "Kornblumenblau". 

 

sobota, 02 maja 2009
Chłopiec w pasiastej piżamie/ Boy in the Striped Pyjamas (2008)

Można powiedzieć, że weekend majowy zaczęłam sobie od dosyć specyficznych filmów. Wojennych. Pierwszym było "Imperium słońca" o którym może później napiszę, a teraz skończyłam oglądać "Chłopca w pasiastej pidżamie". Ubolewam nad tym, że nie miałam możliwości wczesniejszego przeczytania książki.

                       

Bruno (Asa Butterfield) to syn niemieckiego oficera, który awansował na komendanta obozu zagłady. Przeprowadzają się więc całą rodziną z Berlina. Bruno ma starszą o 4 lata siostrę. Szmul (Jack Scanlon) to z kolei ośmioletni więzień owego obozu, którego komendantem został mianowany ojciec Bruna. Szmul jest Żydem. Bruno uwielbia odkrywać nowe miejsca a ogród za domem jest dla niego miejscem tajemniczym... Za nim znajduje się niewielki las a tuż za lase- obóz. pewnego dnia łamie zakaz i wychodzi za dom. Tak poznaje Szmula, który lubi samotnie przesiadywać przy jednym z krańców obozu.

Widziałam kilka filmów wojennych, które pośrednio bądź też nie, poruszały problem obozów zagłady. Ten jest chyba jednym z najbardziej przejmujących. 

         

Historię poznajemy z punktu widzenia dziecka, całkowicie nieświadomego, co dzieje się nie tyle na świecie ( oprócz tego, że jest wojna) ale tego, co dzieje się za kolczastym płotem. Nie tylko on tego nie wie. Całkowitym zaskoczeniem jest to, że również jego matka czyli żona komendanta, nie zdaje sobie sprawy z tego, skąd bierze się ten czarny dym i wszechobecny smród. 

Być może w sposób banalny poruszono problem obozowości,w całkowitym odcięciu sie od świata dorosłych ale w sposób niesamowity film pokazuje, że może istnieś może nie tyle przyjaźń, co sympatia pomiędzy "wrogimi obozami". Pokazane jest tu zderzenie dziecięcej niewinności z brutalnym "działaniem na rzecz narodu", jak swoją pracę zwykł argumentować ojciec Bruna. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji, chłopiec stara się pomagać Szmulowi- przynosi mu jedzenie, spędza z nim czas przy kolczastym ogrodzeniu. 

         

        

Tak jakby dla konstrastu wprowadzono postać starszej siostry Bruna. Zafascynowana jest ona brutalnym i niezrównoważonym psychicznie jednym z oficerów, który pracują z jej ojcem. Ta fascynacja rodzi inną- zainteresowanie nazimem i kultem Hitlera. Takim symbolicznym przejściem jest pozbycie się lalek na rzecz plakatów nazistowskich, kultywujących rasę aryjską i "jedyne słuszne rozwiązanie".

        

Niestety, zabrakło czasu na rozwinięcie kilku wątków. Począwszy od zbuntowanej babci Bruna, która nienawidziła syna za to, co robił po żonę komendanta. Jak już wcześniej wspomniałam, nie wiedziała ona dokładnie, czym zajmuje się jej mąż, toteż gdy poznała prawdę, była załamana. Zabrakło tutaj plastyczniejszego oddania jej dramatu.

Trochę zabrakło mi również pewnej magicznej aury w relacjach Bruna-Niemca i Szmula- Żyda. Nie pokazano również tak naprawdę emocji, jakie mogły się zrodzić z dziecięcej przyjaźni, które zazwyczaj są wyjątkowe. Ci mali bohaterowie starają się stworzyć taki swój mały świat, z dala od wszelkiego okrucieństwa. Może trochę naiwnie, może zbyt fantazyjnie. Jednak próbują. Czy im to wychodzi? 

        

 Mimo pewnych rys i niedociągnięć, film potrafi poruszyć. Być może właśnie ze względu na dziecięcie postaci i ich  bezradność wobec systemu. Od początku można przewidzieć, jak zakończy się historia. Ale mozna mieć nadzieję na inne jej zakończenie. Nie ma tutaj wielkich czy gwałtownych emocji. Jest to obraz raczej stonowany. Jeśli mozna tak powiedzieć w przypadku takiej historii. Minusów może ktoś dopatrzy sie więcej, ale który film ich nie ma? Szczególnie, jeśli bohaterowie mówią czystą angielszyzną, co już w takim przypadku całkowicie nie pasuje ;-)

 

 

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Equilibrium (2002)- świat bez uczuć

Nie jest to może zbyt błyskotwliwy i oryginalny film, posiadający jakieś ukryte znaczenia. nie przeszkadza mi to jednak wręcz fanatycznie go wielbić, tak jak i odtwórcę głównej roli Kleryka Prestona, czyli Christiana Bale'a. Jako, że wczoraj (tj w niedzielę) puścili ten film w tv, z radościa go obejrzałam i postanowiłam, że skrobnę coś na blogu ;-)

                           

W XXI wybucha III wojna światowa. Ta częśc ludzkości, która ocalała, dochodzi do wniosku, że kolejnej już nie przeżyją. By zapobiec w przyszłości kolejnemu konfliktowi, postanawiają wyzbyć się wszelakich emocji i uczuć. Wymyślają lek- prozium, którego regularne przyjmowanie powoduje, że człowiek nic nie czuje. Jest maszyną. Świat prozium to świat totalnie totalitarny.

W Librii rządzi Ojciec 

       

a jego zastępca to Vice-Konsul DuPont (Angus MacFadyen). Tetragrammaton to instytucja, która nadzoruje obywateli i ma za zadanie tłumić wszelkie objawy buntu, czyli odczuwanie. Jej członkowie to Klerycy Grammatonu- Nowa Ręka Pana. 

Jednym z wzorowych Kleryków jest John Preston(Christian Bale).

       

      

Jego żonę zgładzono za zbrodnię uczuć i sam wychowuje dwójkę dzieci. Coś zmienia się w nim, gdy zabija swojego przyjaciela- Kleryka Errola Partridge'a(Sean Bean ), przypadkowo tłucze swoją poranną ampułkę z prozium i poznaje Marry O'Brian(Emily Watson). Została ona oskarżona o zbrodnię odczuwania i Kleryk Preston zajmuje się przesłuchiwaniem oskarżonej. Od tego momentu Johna ogarnia dziwne dla niego uczucie i postanawia odstawić prozium...

       

       

Przede wszystkim- jest to wizualnie genialnie zrobiony film. Plenery na wskroś nowoczesne, stalowe wręcz i surowe. Klerycy chodzą w idealnie czarnych mundurach a obywatele w szarościach. Nie ma kolorów. Istnieją one tylko dla uczuciowców. 

Film kręcono w Berlinie i tamtejsza architektura, pamiętająca czasy faszystowskie, jest idealnym tłem dla histori w "Equilibrium". Zresztą takie budynki użyteczności publicznej, jakie są tłem dla historii, idealnie spełniają swoją role. Zawsze miały budzić respekt, miały pokazywać, że człowiek- jednostka jest niczym w porównaniu z władzą- strukturą. Miały równiez budzić jednocześnie szacunek i strach.

       

 "Equilibrium " to popis głównie jednego aktora- Christiana. I to jaki popis. Podczas brania prozium mroźne spojrzenie jego oczu przenika widza. Twarz nie pokazuje żadnych emocji. Natomiast, gdy odstawia lek- wszelkie uczucia, tyle lat tłumione, wybuchają w nim ze zdwojoną siłą. Najpiękniejsze sceny z jego udziałem? Zdzieranie folii mlecznej z okna sypialni

       

 oraz wsłuchiwanie się w muzykę Bethovena w kryjówce uczuciowców. Oczywiście wcześniej zabitych przez odziały Ojca. Zadziwia jednocześnie świetne przygotowanie fizyczne Bale'a. Sceny walk z jego udziałem zapierają dech w piersaich a nie są wcale zbytnio rozbuchane i widowiskowe ;-) Myślę, że przykuwa tu wzrok pewna taneczność ruchów. I ,co najważniejsze, nie ma tu sztucznego przedłużania walki i ciosów, co tak nagminnie stosowano chociażby w "Matrixie".

Jest to przede wszystki zasługa zastosowania gunkaty- stylu walki. (Gun Kata to sztuka walki wymyślona na potrzeby filmu. Jest to specyficzna sztuka walki ponieważ używa się w niej broni palnej. 
W tej formie walki wykorzystuje się zdolność przewidywania symetrycznych ruchów przeciwnika przez co można uniknąć zranienia i bardzo łatwo pokonać wielu przeciwników naraz.)*

 Oczywiście, nie tylko Christian buduje ten film. Trzeba zwrócić uwagę na genialne postaci drugoplanowe. TayeDiggs (Brandt), Emily Watson (Mary),  Williama Fitchnera (Jurgen) czy  Errol Partridge (Sean Bean ). Są świetnym spoiwem filmu i podnoszą tylko wartość filmu. Wszystkie postaci są przemyślane, zagrane na bardzo wysokim poziomie i w żadnym razie przerysowane. 

        

I śmiać mi się chce, że niektórzy uważają, że "Equilibrium" to nędzna kopia "Matrixa" :-) Gdyby to "Equilibrium" weszło wcześniej do kin niż "Matrix" pewnie zdania byłyby odmienne. Oczywiście, nie mam nic do "Matrixa", bo sam film również lubię( no może uściśle, że najlepsza jest pierwsza część. Kolejne są juz zupełnym dnem). Zadziwia mnie to, że Wimmer mając do dyspozycji o wiele mniejszy budżer niz bracia Wachowscy, stworzył on film o wiele spójniejszy i ciekawszy nie tyle wizualnie co aktorsko film.

       

       

 

* za http://equilibrium.webpark.pl/gun_kata.html 

poniedziałek, 09 marca 2009
Walkiria/Valkyrie (2008)

Jeśli chodzi o filmy dotyczące wydarzeń rozgrywających się w czasie II wojny światowej, to oglądam bez zastanowienia. No chyba, że obsada nie zachęca bądź też zakłamanie aż boli ( vide "Opór" z Craigiem). "Walkirią" nie zainteresowałam się ze względu na Toma, za którym jakoś nie przepadam, ale ze względu na podjęcie tematu, chcąc czy też nie, niezbyt dobrze znanego czy też inaczej to nazywając- niezbyt popularnego.

                                 

Film dotyczy bezpośrednio jednego ze znanych zamachów na życie Adolfa Hitlera, który miał miejsce 20 lipca 1944 w Wilczym Szańcu. Dosyć pokaźną grupą spiskowców przewodził Claus von Stauffenberg (Tom Cruise). Clausa poznajemy już w pierwszych scenach, gdy w swoim sekretnym dzienniku pisze o Hitlerze, bynajmniej nie w superlatywach. Być może w Tunezji stacjonuje za karę, bo nie ukrywa swojego niezadowolenia. Podczas nalotu traci jedną rękę, dwa palce z drugiej oraz oko. Oczywistym jest, że na front już nie wróci. Niejako w nagrodę zostaje mianowany oficerem sztabowym Ogólnego Urzędu Sił Zbrojnych, więc ma możliwości bezpośrednego kontaktu z Hitlerem. W tym samym czasie namierzają go osoby pragnące zlikwidować Fuhrera, wtajemniczając go w swój plan. Jest dla nich cenny, ze względu na kontakt z nim.  Wykorzustuje to, podsuwając Fuhrerowi do podpisania zmienioną "Walkirię" czyli plan kryzysowego działania, zmieniony tak, by rewolucjoniści mogli przejąć władzę.

                     

Film uważam za całkiem dobry. Na pewno jest lepszy od tak rozgłaszanego "Upadku. Nie brak tu jednak minusów.

Największym jest odtwórca roli Clausa, czyli Tom Cruise. Sztywny, drętwy, bez polotu-tak w kilku słowach można określić postać, którą zagrał. A przecież Claus von STauffenberg uważany jest w Niemczech za bohatera. Tom nie włożył żadnego uczucia w odgrywaną przez siebie rolę. Jego bohatera nie zjadają nerwy, nie dosięga go strach. Jest sztuczny, a ucharakteryzowano go na mitycznego wojownika, o krystalicznym charakterze. Dodam, że w rzeczywistości postać von Stauffenberga nie była taka idealna, gdyż nie ukrywał swojej niechęci dla Słowian i Żydów (mieli być siłą roboczą; więcej tu) O wiele ciekawsze i złożone są postaci drugoplanowe, zagrane o wiele, wiele lepiej. Gdyby zamiast Toma w postać von Stauffenberga wcielił się prawdziwy aktor, który byłby bardziej wiarygodny, myślę, że sam film wiele by zyskał.

                      

Na plus jest wszechobecny chaos, który pewnie w innym filmie byłby minusem. Tutaj jednak sprawia, że mimo doskonale znanego końca owego zamachu, ma się jednak minimalną nadzieję, że uda im się zgładzić Hitlera. Jest tu też odpowiedni klimat, budujący napięcie.  Po wybuchu akcja wręcz galopuje. Warsztatowo film na przyzwoitym poziomie.

Innym zgrzytem (prócz Toma) jest pewne zakłamanie bądź też niedomówienie. Singer  konsekwentnie milczy o poglądach sposkowców odnośnie kwestii wschodniej. Część z nich brała udział w zbrodniach, nie ukrywała swojej niechęci do Słowian i Żydów.

                 
Ogólnie mówiąc, to można obejrzeć, ale nie ma się co nastawiać na fajerwerki. Może lepiej by było, gdyby to nie Cruise zagrał rolę von Stauffenberga... Pozostaje jednak "gdybanie". Sama nie żałuję czasu poświęconego na obejrzenie tego filmu.
 
1 , 2 , 3