Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Mój świat, czyli to, co aktualnie mnie interesuje. To, czemu poświęcam swój czas. Wszystko się zmienia więc i ja też.
niedziela, 31 stycznia 2010
Sanai Choughade (2008)

Po śmierci matki, Sai opiekuje się jej siostra Urmila z mężem Srikantem. Na łożu śmierci przyrzekli, że wydadzą ją za mąż. Uważają, że powinni zająć się tym profesjonaliści i tak trafiają na biuro Kaande Pohe z niecodziennym sposobem dobierania par. Tam Sai poznaje Aditye i wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Jednak jest coś, co Sai ukrywa...

Przed obejrzeniem "Sanai Choughade" trochę sobie o tym filmie poczytałam, a przyznać muszę, że nie robię tego zbyt często. Zaciekawiła mnie historia, która pozornie może wydawać się banalna. Jednak w trakcie oglądania dochodziłam do wniosku, że jest nowoczesna i życiowa. I taka rzeczywista. "Sanai Choughade" porusza ważne aspekty czasów współczesnych.

Początkowo wszystko zdaje się układać idealnie. Spośród wybranych kilku osób, Sai znajduje wspólny język z Adityą. Rozumieją się, dobrze im ze sobą. Aditya ze spokojem przyjmuje fakt, że Sai kochała kogoś wcześniej. Są parą niemal z marzeń. Jednak "obóz", który zorganizowało biuro, przewiduje wieczór prawdy, gdzie każdy wyjawia swój sekret. I w tym momencie wszystko zaczyna się komplikować, bo Aditya nie był przygotowany na to, co powie mu Sai. Rahul robi wszystko, by jednak młodzi byli razem, bo dewiza biura jest najważniejsza...

Z jednej strony mamy tradycjonalistyczną instytucję aranżowanych małżeństw, często z udziałem osób, które się na tym znają. Współcześnie- biur matrymonialnych, które mając do dyspozycji cały sztab ludzi, poszukują potencjalnych kandydatów na żonę/męża. Biuro "Kaande-Pohe" wyznaje zasadę, że nie ma rzeczy niemożliwych i na wszystko, na każdy problem znaleźć można rozwiązanie. Jednak ten pewien światopogląd, wyznawany przez szefa biura- Rahula, może runąć, gdy na horyzoncie pojawi się Sai, z dosyć nietypowym, a może raczej, niecodziennym problemem. Takim, którego chyba zbyt często w filmach się nie porusza. A może i tak, tylko ja na takie filmy nie trafiam ;-)

Jak już wyżej wspomniałam, historia jest bardzo rzeczywista i realistyczna. Każdy w swoim życiu przeżywa chwile radosne, szalone ale i znajduje się na zakręcie, nie wiedząc, co robić. Będąc totalnie bezradnym. Czasem popełnia błędy, szuka pomocy, ale i akceptacji. Te właśnie aspekty życia można znaleźć w tym filmie. Dla mnie małym zgrzytem było zakończenie, może trochę niepasujące do ogólnego charakteru filmu. Jednak ono nie wpłynęło jakoś mocno na sam odbiór filmu przeze mnie, bo bardzo mi się podobał. Począwszy od samej historii, przez świetną i pasującą muzykę, po naturalne i świetne aktorstwo.

Główna bohaterka, grana przez Sai Tamhankar jest urzekająca i urocza. Jest wdzięczna i naturalna. Taką dziewczynę można spotkać w rzeczywistości. To mój ulubiony typ- zwyczajna, młoda dziewczyna ale o trochę niezwyczajnej przeszłości i doświadczona przez los. Aditya gdzieś się gubi, nie wbił mi się w pamięć. W przeciwieństwie do Shreyasa, który pojawił się na chwilę, ale zrobił na mnie wrażenie.

Image and video hosting by TinyPic [klik]

Co do szefa "Kaande Pohe" czyli Rahula, granego przez Subodha Bhave. Na początki strasznie mnie irytował z tą swoją maniakalną wręcz i uporczywą próbą spełniania dewizy swojego biura. Nie ważne jakimi sposobami, ale trzeba doprowadzić do ślubu. Jest marketingowcem i wywlekł na zewnątrz problem Sai. Oj, to nie było fajne...

Co oglądam kolejny film marathi, to w większości mi się podoba. Wydaje mi się to trochę niepokojące ;-)"Sanai Choughade" zarobił u mnie wielki plus za temat i sposób jego przedstawienia. Cieszy mnie to, że poruszono tu tak trudny i wrażliwy temat w sposób przystępny i prosty.

 

piątek, 15 stycznia 2010
Me Shivajiraje Bhosale Boltoy! (2009)

W przerwie pomiędzy jednym a drugim sezonem pewnego serialu, który ostatnio namiętnie oglądam ( a w którym pojawiają się smaczki indyjskie:)) , postanowiłam obejrzeć w końcu coś indyjskiego. I padło na film marathi, którym zainteresowałam się dzięki pochlebnym recenzjom nie tyle krytyków, co widzów. Zaciekawił mnie również trailer oraz plakat.

Dinkarrao Marutrao Bhosle(Sachin Khedekar) to zwykły, przeciętny pracownik banku. Ma 2 dzieci- Kala (tak naprawdę ma na imię Shashikala) marzy o tym, by być aktorką, jednak jej pochodzenie przekreśla jej szanse. Jego syn, Rahul zaś marzy by być inżynierem. Dinkar prosi o pomoc swojego przyjaciela, polityka Nandye, by ten pomógł Rahulowi. Nandya wie o sytuacji finansowej Dinakara i brutalnie sprowadza go na ziemię... Jednak to nie wszystkie problemy Dinakara. Na jego dom czyha niecny przedsiębiorca Gosalia, który nie cofnie się przed niczym. Wynajmuje nawet zbira Usmana Parkera (Siddharth Jadhav).

W walce Dinakara z zepsutym otoczeniem, w odkrywaniu siły i wartości swojego pochodzenia, w walce, pomaga historyczny król Shivaji Raje Bhosle (nazwisko nie jest przypadkowe:)). Zagrał go Mahesh Manjrekar, znany mi wcześniej z zupełnie innych ról.

Historia w niewielkim stopniu przypominała mi tę z "Dombivli Fast". Oto zwyczajny mieszkaniec, całkowicie przeciętny, bierze się za naprawianie świata. Jednak Dinakara od Madhava różni to, że ten pierwszy pragnie, by każdy sam zastanowił się nad tym, co czyni. Zaczyna od tego, by każdy człowiek przestał wstydzić się swojego marackiego pochodzenia. Pragnie, by to, co kiedyś było uznawane za powód do wstydu, stało się powodem do dumy. Nie przechodzi do bezpośrednich"czynów", jak to robił Madhav. Różni je również sam klimat. O ile "Dombivli Fast" miał przytłaczający nastrój, to "Me Shivajiraje Bhosale Boltoy!" przynosi nadzieję i dodaje siły.

Ten film porusza właśnie temat przynależności kulturowej, jak i religijnej czy społecznej. Mówi o szacunku do samego siebie ale i do swojej ojczyzny. Nie ma tu jednak zbędnego patosu. Historia, jej sposób przedstawienia, jest bardzo realistyczny. Tytuł filmu mógłby sugerować, że mamy doczynienia z filmem historycznym. Nie tylko tytuł, ale i pojawienie się legendarnego króla Shivajiego. I tu bardzo brakowało mi znajomości historii i konkretnie samej postaci króla. Jednak podczas oglądania nie jest się dzieckiem we mgle, gdyż w świetny sposób, bardzo przystępny i przejrzysty pokazano kilka epizodów z życia wielkiego władcy, m.in incydent z Afzalem Khanem.

Wcześniej napisałam, że nazwisko króla, jak i Dinakara, nie jest przypadkowe. Otóż nasz główny bohater jest potomkiem Shivajiego. I to dodatkowo dodaje mu siły w walce z Gosalią, który to jest bezwzględnym typkiem, zdolnym przekupić prawie każdego. Wydawać by się mogło, że z tak potężnym człowiekiem Dinakar nie ma szans. Jednak wśród ludzi, którzy wcześniej byli pod wpływem Gosali, budzi się maracka duma. Dinakarowi niepotrzebne były pieniądze, by zmienić innych. Wystarczyło odwołać się do dziedzictwa kulturowego. W filmie jest bardzo dużo przemówień i wydawać by się mogło, że będą przesadzone w każdy z możliwych sposobów. Tak się nie stało. Słuchama Dinakara z nieukrywaną ciekawością, bo każde jego słowo miało sens. Wystarczyło się tylko przebudzić ze snu... Ten film to siła, jedno wielkie orędzie, które pokazuje, że Maharasztra to potęga.

ach, znajoma buźka. Patrzyłam na niego przez pryzmat szalonego lichwiarza z "Uladhaal" :)

Publiczność maracka zapewne inaczej odebrała film, w końcu dotyczył on bezpośrednio nich. Dla mnie była to ciekawa lekcja historii, "zdrowego" patriotyzmu. A przede wszystkim tego, że nie powinno się wstydzić swojego pochodzenia, tylko być z niego dumnym. Wszystko to zostało podane w sposób naturalny, nieprzesadzony, nieprzejaskrawiony. Ten film był tak rzeczywisty...

Podniosłości dodawał nie tylko sam fakt pojawienia się postaci Shivajiego, przemowy, ale również muzyka. Tutaj chodzi mi głównie o "O Raje". Ta pieśń jest tak szalenie energetyczna i silna.

"Masolevani Tuzi" jest znowu piosenką o zupełnie innym charakterze ;-) Ale jakże zabawną i radosną. "Powada" to już sama historia.

Film ma świetną stronę główną.

niedziela, 27 września 2009
Shwaas (2004)

Filmy marathi coraz to bardziej mnie fascynują. A i nie ukrywam, że potrzebna mi odmiana. Do obejrzenia tego filmu skusiła mnie zarówno tematyka, jak i odtwórca roli lekarza, czyli Sandeep Kulkarni, który to wcześniej poraził mnie swoim występem w "Dombivli Fast".

Pewnego dnia, do gabinetu znanego i cenionego lekarza, dr Milind Sane(Sandeep Kulkarni), przychodzi dziadek Vichare (Arun Nalavade) z wnukiem, Paarshą(Ashwin Chitale). Chłopiec coraz gorzej widzi, przec co musiał porzucić szkołę. A i jest to uciążliwe, nie tylko dla niego. Jego rodzicie postanowili, że trzeba mu zrobić badania w mieście. Chłopiec cierpliwie znosi cały ich trud. Przy ich okazji poznają Asawari (Amruta Subhash) pracownika społecznego. Gdy wszystkie konieczne badania zostają wykonane, diagnoza zaskakuje wszystkich... Nikt nie ma odwagi powiedzieć chłopcu, co go czeka. Nikt- ani dziadek, ani Asawari a tym bardziej Milind. Do czasu...

To kolejny film marathi, który obejrzałam a w którym akcja rozwija się powoli. A i sama taka jest- powolna, niespieszna. Na dodatek film jest bardzo sentymentalny.

Cała historia dotyczy tylko i wyłącznie aspektu badań i późniejszego leczenia. Czasem pojawiają się obrazy z rodzinnej wioski dziadka i wnuka, kiedy to poznaje się rodziców Paarsha. Jednak tak naprawdę "Shwass" nie o tym opowiada. Cała ta historia chłopca jest tylko pretekstem do pokazania nie tylko dramatu naszych bohaterów ale i swoistej konfrontacji między zapracowanym lekarzem a zagubionym dziadkiem i wnukiem. Trzeba tu też wspomnieć, że dziadek kompletnie nie zna się na współczesnej medycynie, ma wątpliwości co do diagnozy Milinda i chce konsultacji z innym lekarzem. Dla Asawari, która tą sprawą przejmuje się bardziej niż dr. Sane, jest to oczywisty brak zaufania do lekarza. To na nią spada ciężar poinformowania małego chłopca o sposobie leczenia ale również o diagnozie.

Wyżej wspomniałam, że tempo jest powolne. Idealnie jest współgrane z wewnętrzną walką a może raczej wątpliwościami, jakie targają Vicharem. Z jednej strony jest pośpiech, by jak najszybciej zająć się Paarshą a z drugiej strony dziadek przypomina sobie wszystkie szczęśliwe chwile chłopca w rodzinnym domu. To, jak pomagał matce, jego zabawy ale i również psoty. I zdaje sobie sprawę, że być może się to więcej nie powtórzy. Po seansie pomyślałam sobie, że potrzebny był Sane ten konkretny przypadek, by obudziły się w nim zwyczajne, ludzkie uczucia i odruchy. Że tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z małych radości, jakich może człowiek doświadczyć, a które są tak ważne w późniejszym życiu. Do tego potrzebny był mu prosty Vichare ze swoim wnukiem.

Aktorstwo jest wyśmienite. Naturalne, wdzięczne. Począwszy od Sandeep, przez Arun aż po dziecięcą postać, czyli Ashwin. Kolejna dziecięca rola, która bardzo mi się podobała. Świetnie pokazał zagubionegop w tym wszystkim chłopaka, który za bardzo nie ma pojęcia o tym, co go czeka. Jest zniecierpliwony, momentami nieznośny i przez to taki prawdziwy. Każdy z aktorów jest ważny, każdy ma swoje miejsce i cel, do którego dąży. Nawet pacjenci w szpitalu, którzy przecież pojawiają się tylko na chwilę, jak i pielęgniarki, salowe. Dzięki temu film nabiera autentyczności, co dodatkowo potęgują wnętrza prawdziwego szpitala.

W jednej z recenzji pojawiło się zdanie, jakże prawdziwe ;-) Chyba potrafiłabym sobie to wyobrazić i cały ten nastrój, wydźwięk, jaki jest tutaj pęka jak bańka mydlana.

"Imagine how such a theme would be conveyed in the average Bollywood production. A Sunny Deol, a Sanjay Dutt, or, if the banner were big enough, an Amitabh Bachchan would stand in a crowded hospital lobby, carrying the inflicted child. Eyes glaring, nostrils flaring, they would shake their fists in the air and threaten to tear apart the entire hospital if their child wasn´t treated immediately."

W "Shwaas" jest pewna delikatność, subtelność, poetyka. A przede wszystkim prostota i szczerość, skłaniająca tak naprawdę do refleksji. Co więcej, gdzieś wygrzebałam informację, jakoby film bazował na prawdziwej historii, która wydarzyła się w Pune, w 1992r.

Film wzruszył mnie niesamowicie. Nie sposób było mi się oderwać od oglądania.

 

sobota, 26 września 2009
Bees Saal Baad (1962)

Ten film już od jakiegoś czasu miałam na liście "must-see". Ostatnio natomiast trafiłam na "Darling" gdzie wykorzystano wersy z jednej piosenek "Kahin deep jale kahin dil". No i postanowiłam, że nie ma co seansu odkładać. A poza tym ostatnio mam ochotę na starsze filmy ;-) No i Biswajeet dodatkowo mnie przyciągnął do tego filmu ;)

Już sama historia jest bardzo ciekawa i tajemnicza.

Kumar Vijay Singh (Biswajeet), wnuk Thakura, powraca w rodzinne strony zza granicy. Wydaje się, że nad mężczyznami w jego rodzinie wisi klątwa, ponieważ począwszy od dziadka, wszyscy zostali zamordowani. W ich posiadłości, codziennie o godzinie 21.30 rozlega się dźwięk payeli. Tutaj trzeba wręcz napisać, że dziadek Kumara "bawił się" z dziewczyną z wioski, by na koniec ją zgwałcić... Dziewczyna zginęła. Od tej pory mężczyźni ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Sprawą tą zajmuje się detektwy Gopichand Jasoos (Asit Sen).



Atmosfera w filmie jest naprawdę gęsta. Posępna, ogromna posiadłość, pole niedaleko niej, tajemniczy ludzie i ten dźwięk payeli, rozlegający się po posiadłości. Światło wyłaniające się o 21.30 z pola, latarenka z dachu niejako "odpowiadająca" na nie i sługa naszego głównego bohatera dodatkowo wprowadzają aurę niepewności. No i przede wszystkim czarno- biały obraz.


Napięcie budowane jest stopniowo. Na samym początku naszego bohatera czeka zaskoczenie, bo ktoś mu odradza nie tyle zamieszkanie w felernej posiadłości, ale i sam pobyt. Oczywiście Kumar nie bierze sobie tych rad do serca. Później pojawia się trochę dziwny sługa, sprawiający wrażenie posiadania mrocznego sekretu… W końcu Kumar dowiaduje się o podłym uczynku jego dziadka. Według niektórych za śmiercią mężczyzn stoi duch dziewczyny, ale czy tak jest naprawdę? Odkrycie prawdy powierzone zostaje detektywowi Gopichandowi. 

Jednak „Bees Saal Baad” to nie tylko tajemnicze śmierci, poszukiwanie zabójcy, ale i wątek romantyczny, pomiędzy Kumarem a śliczną i niewinną Radhą (Waheeda Rehman). W swoich wspólnych scenach zawojowali całym ekranem. Szczególnie zabawne było ich pierwsze spotkanie, w lesie, gdzie podgląda Radhę by później udawać głuchoniemego a na dodatek niewidomego ;-) Radha nie jest tylko niewinną dziewczyną- ma niesamowite poczucie humoru, jest szaloną, wesołą pasterką, której zły Kumar rozpędził stado ;) Zdecydowanie ta para wprowadza nie tyle trochę romantyzmu, ale i sporą dawkę humoru. Zresztą zabawne perypetie ma też detektyw.


Atmosfera coraz bardziej się zagęszcza, gdy Kumar odkrywa podziemne tunele, a ktoś w jego ubraniu zostaje znaleziony martwy…

Film bardzo mi się podobał, tak jak i odtwórcy głównych ról. Biswajeet po raz kolejny mnie zauroczył ( wcześniej w "Yeh Raat Phir Na Aaygi"). Natomiast całkowicie zachwycona jestem rolą Waheedy.

Niewinność flirtowania, niebanalny humor jej postaci plus cała atmosfera filmu przykuwa. A co najważniejsze- Biswajeet i Waheeda świetnie do siebie pasowali w tym filmie, było czuć swoistą filmową "chemię".

 

A tak na marginesie- jak to dobrze w końcu mieć net :)

 

środa, 02 września 2009
Tere Ghar Ke Samne (1963)

Rakesh Kumar (Dev Anand) jest wybitnym architektem, który powrócił do Indii po zakończeniu edukacji zagranicą.
Seth Karam Chand (Harindranath Chattopadhyay) i Lala Jagannath (Om Prakash) - ojciec Rakesha, są odwiecznymi wrogami rywalizującymi ze sobą w każdy możliwy sposób.

Pewnego dnia Rakesh otrzymuje zlecenie zaprojektowania dwóch domów, które będą stały obok siebie, ale każdy z nich pragnie, by jego dom był najpiękniejszy. Jednym ze zleceniodawców jest Lala, a drugim - Seth. Celem Rakesha jest zakończenie waśni pomiędzy nimi, tym bardziej, że poznaje Sulekhę (Nutan Behl), córkę Setha, i zakochuje się w niej z wzajemnością...

Przede wszystkim- cóż za uroczy film! Świetna czarno- biała komedia romantyczna z Devem i Nutan. Film nie dłużył mi się ani przez sekundę ( no może tylko końcowe sceny były trochę przesadzone) i poprawił mi niesamowicie humor. A co najistotniejsze- Dev zauroczył mnie na dobre i z coraz większą chęcią sięgać będę po jego filmy. Nawet kryminalne ;-) Zresztą na imdb jeden z użytkowników napisał, że jeśli jest się fanem Deva, filmu nie można przegapić. Natomiast jeśli się nie jest jego fanem- to po tym filmie na pewno się już nim będzie. W moim przypadku się to doskonale sprawdziło. No bo jak tu nie ulec urokowi Deva? To chyba była tylko kwestia czasu i odpowiedniego repertuaru filmowego.

Jakże miła to była dla mnie odmiana po kryminaliście z "Bombai Ka Babu" czy inspektorze z "C.I.D". Dev jest tu wesołym facetem, rysującym serduszka przebite strzałą na kartkach, puszczającym oczka i uśmieszki. Kombinatorem też jest, bo stara się lawirować między zleceniem ojca a jego wroga. I co najlepsze- długo mu się to udaje ;-) Zawadiaka jak się patrzy. Nutan nie pozostawała w tyle ;-) Bardzo podobała mi się jej postać, choć czasem mogła być bardziej zdecydowana i choć odrobinkę egoistyczna... Ale aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało.

Sama historia jest stara jak świat, ale za to jak podana! Przypominała mi naszych swojskich "Samych swoich".  Film co prawda trochę starszy, ale poruszają ten sam problem. Czyli rywalizacji między sąsiadami. I młodzi również się zakochują. Widać więc doskonale, że temat nie ma granic i jest niejako ponadczasowy. A w indyjskim wydaniu z Devem i Nutan jest po prostu przepyszny. Ach, te ich wspólne sceny, szczególnie te podczas wspinaczki po schodach wieży i w trakcie późniejszej "Dil Ka Bhanwar Kare Pukar" ;-) Perełki!

Na dodatek do uroczej historii i świetnych ról jest jakże wpadająca w ucho muzyka S. D. Burmana. Na sam początek wspomniana już wyżej "Dil Ka Bhanwar Kare Pukar". Ukrywanie się pod marynarką, uśmieszki i to "hmmm hmmm" ;-)

Nie może zabraknąć również klasyki niemal, czyli teledysku, w którym Nutan ukazuje się naszemu bohaterowi w szklance.

Bardzo pozytywny film i na pewno nie skończę na jednym seansie. Jak sobie o nim pomyślę, to jakoś ciepło na serduchu mi się robi ;-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7