Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Mój świat, czyli to, co aktualnie mnie interesuje. To, czemu poświęcam swój czas. Wszystko się zmienia więc i ja też.
piątek, 26 marca 2010
Le Roi Soleil -Król Słońce

Notkę dedykuję osobie, która niecnie podesłała mi kilka utworów z tego musicalu, czyli Justynie ;-)

Zaczęło się niewinnie a skończyło na maniakalnym wręcz oglądaniu głównie 3 utworów.

,,Le Roi Soleil" to francuski musical, opowiadający o życiu Ludwika XIV, zwanego Królem-Słońce. Spektakl rozpoczyna się frondą przeciwko kardynałowi Mazarin (Jack Morgan).

Młody Ludwik (Emmanuel Moire), po ucieczce z pałacu, wraz z matką Anną Austryjaczką (Marie Jergens), zostaje koronowany na króla w Reims. Jednak rządów nie pełni rzecz jasna sam, a główną pieczę sprawuje jego matka oraz kardynał.

Gdy Ludwik dorasta, zakochuje się z wzajemnością w Marie Mancini (Anne-Laure Girbal), siostrzenicy kardynała Mazarin.

Szykuje się jednak wojna i Ludwik, jako król uznaje, że musi stanąć na czele swojej armii. Doznaje ciężkich ran a wszyscy są prawie pewni, że umrze. Próbują więc na tronie posadzić Filipa (Christophe Maé), brata Ludwika. Jednak Ludwik zdrowieje i planuje swój ślub z uroczą Marie. Lecz matka zmusza go do odrzucenia tego pomysłu a Marie zostaje wygnana. Zmuszony jest do poślubienia hiszpańskiej księżniczki.

Po śmierci kardynała, która rozpoczyna akt II, Ludwik ostatecznie odsuwa matkę od władzy i  całkowcie sam przejmuje rządy. I nie stroni od miłostek ;-) Buduje Wersal a jego brat urządza tam wielką imprezę ;-)

Tak przedstawiałaby się historia w ,,Le Roi Soleil". Muzyka jest tu po prostu niesamowita. Każdy utwór jest inny. Są i podniosłe, romantyczne, zmysłowe ale i szalone, wesołe, zawadiackie. Za tą ostatnią grupę odpowiedzialny jest Monsieur Filip, który ze swoim ADHD wprowadza humor i zabawę. O nim pojawi się osobna notka, bo jest to postać tak osobliwa i nie da się go tu nie kochać ;-) A jego improwizacje na różnych spektaklach są już legendą, choć i na oficjalnym DVD widać co nieco ;-) Na razie powiem tyle, że go uwielbiam a Chris jest idealny w tej roli.

Zupełnie inny jest Król. Oczywiście mówię o wersji z DVD, bo to, co działo się na innych spektaklach pokazuje całkowicie odmiennego Ludwika ;-) Tu jest poważny, rzadko się uśmiecha, a szkoda, bo Manu Mańkowi wyjątkowo ładnie, gdy się uśmiechnie ;-) Jeszcze wczoraj sceptycznie do niego podchodziłam, nie rozumiałam zachwytów koleżanki jego postacią, ale po obejrzeniu różnych pikantniejszych rzeczy kupił mnie całkowicie. Choć i jego ,,oficjalnej" wersji nie mam nic do zarzucenia. Jedno jest pewne-Król Słońce został tu przedstawiony w sposób pozytywny.

Oprócz niezwykłej muzyki zwracają uwagę niesamowite dekoracje oraz pełne przepychu stroje, dopracowane w najmniejszych szczegółach. Ach, zazdroszczę osobom, które widziały to na żywo, bo stroje na pewno robiły jeszcze większe wrażenie, niż widziane na DVD.

Idealnie przedstawione są przejścia z jednej historii w drugą, co już widoczne jest na samym początku, gdy z piosenki obrazującej bunt przechodzimy do koronacji Ludwika. Co do strojów jeszcze, najpiękniejsze ma zdecydowanie Król, ale Monsieur sprytnie go dościga ale i przewyższa ferią barw i ogólnie stylem. A jego peruki nie mają sobie równych. Ubrania Ludwika składają się z licznych falbanek, koroneczek i innych cudów (choć tych najwięcej w swoich strojach ma Monsieur), ale mimo to dalej jest męski, nawet w obcisłych rajtuzach ;-)

W przypadku musicalu trzeba wręcz napisać o głosach. Ograniczę się tylko do kilku osób.

Głos Emmanuela jest mocny i ciekawy. Łatwo przechodzi z tonów wysokich do niskich. A już wyjątkowo pięknie brzmi francuski w jego wykonaniu ;-) W pewnym momencie całkowicie się wyłączyłam i tylko słuchałam, bez zrozumienia ;-)

Natomiast Monsieur (ostatnimi siłami powstrzymuję się przez niezbyt merytorycznymi uwagami^^) Uwielbiam jego głos, jest taki ,,szorstki" i ostry, ale cudowny i mocny.  Zresztą ja go uwielbiam za wszystko, nie widzę w jego postaci wad (chyba takich nawet nie ma;)). Potrafi wnieść niesamowitą porcję światła i energii. Nie sposób się nudzić, gdy on jest na scenie. Jednak własnie mi się coś przypomniało- Monsieura jest zdecydowanie za mało! I to byłby chyba jeden z niewielu zarzutów, jakie mam ogólnie do "Le Roi Soleil". Inne dotyczą niedokończonych wątków, ale w ogólnym rozrachunku nawet się o nich zbytnio nie pamięta ;-) I przede wszystkim "Le Roi Soleil" jest zbyt krótkie, bo czas leci jak szalony. Ledwo zaczęłam oglądać a tu już był koniec. A trwa 2 godziny^^

Głosy pań stanowią niekiedy miły kontrast dla głosów panów, ale równie wspaniale do nich pasują.

Ogólnie mówiąc, jestem zachwycona! Ostatnim razem byłam TAK zauroczona chyba ,,Upiorem w Operze" z Gerardem Butlerem ;-)

Na koniec piosenka z niesamowitym tekstem ;-) Nieustannie się wzruszam podczas oglądania jej. Jest to utwór kończący spektakl, w którym pojawiają się wszyscy aktorzy:

wtorek, 20 stycznia 2009
Hairspray/Lakier do włosów (2007)

Film ląduje u mnie w kategorii "Najlepszy antydepresant" :) Świetnie nakręcony musical, z kapitalnym scenariuszem i naprawdę, świetną obsadą. Ostatnimi czasy, jaki musical nie obejrzę, to mi się podoba. Wypadałoby w końcu trafić na coś złego, bo mi się słownictwo ograniczyło do synonimów "świetny, wspaniały" itp. Jednak wracając do "Hairspray"

                 

Tracy Turnblad (Nikki Blonsky ) i jej najlepsza przyjaciółka Penny Pingleton (Amanda Bynes) marzą o tym, by wystąpić w kultowym programie  Corny Collins Show. Pierwsze podejście się nie udaje, bo tusza Tracy została wyśmiana przez szefową-Velme Von Tussle(Michelle Pfeiffer), która promuje tylko swoją córeczkę-Amber(Brittany Snow). Jednak Tracy nie traci nadzieji. Pewnego dnia jej taniec zauważa Link (Zac Efron) który występuje w Corny Collins Show i zaprasza ją na występ. Prowadzący wybiera Tracy. Ale Velma i Amber nie śpią, czując, że Tracy może zostać zwycięzczynią corocznego konkursu na Miss Lakieru. Za wszelką cenę postarają się ją odsunąć od programu. Tracy ma oparcie w rodzicach, głównie w mamie Ednie (John Travolta), która początkowo niechętna była występowi w programie oraz w swoich ciemnoskórych przyjacielach.

Jak już wyżej wspomniałam, to świetny antydepresand. Postać Tracy pokazuje, że wygląd jest istotny, ale najważniejsze jest wnętrze i chęć spełniania marzeń. Po drodze napotyka wiele przeszków, największą jest mamusia Velma i córeczka Amber, jednak jak się mówi "co cię nie zabije, to cię wzmocni". Tracy staje się silniejsza i zaczyna jeszcze mocniej wierzyć we własną siłę dzięki Linkowi. Co najważniejsze-zdobywa jego sympatię, na czym traci jego dziewczyna Amber.

              

"Hairspray" to również pokazanie życia ówczesnej młodzieży, gdyż akcja rozgrywa się w latach 60-tych w Baltimore. Życie bohaterów kręci się wokół szkoły i programu Corny Collins Show a każdy nastolatek marzy, by w nim wystąpić. Tak więc gdy zwalnia się jedno miejsce w zespole, do studia ciągną tłumczy dziewcząt. I ku zaskoczeniu niektórych osób, zwycięża właśnie Tracy, porywając wszystkich swoją radością i entuzjazmem. Staje się dolką.

              

 
To ponad 100 minut świetnej zabawy, w której rozbrzmiewają dzwięki porywającej do tańca muzyki, z zabawnymi tekstami.
Jednak to film nie tylko o marzeniach, ale porusza również tematykę segregacji rasowej. Dka Tracy nie jest to żaden problem, bierze nawet udział w marszu. Ważna jest dla niej przyjaźń, której nie przekreśli kolor skóry.

             

Trochę może przeszkadzać zbyt mocne zakorzenienie w kulturze amerykańskiej, jednak jeśli przymruży się oko, czeka zabawa z i radość z oglądania.

              

Muzyka i sam scenariusz niewątpliwie są atutami filmu, ale muszę wspomnieć również o aktorstwie.

Największy dystans do siebie pokazał John Travolta, który co prawda silikonowo podrobiony, wspaniale prezentuje się w kieckach a jego (jej? :)) taniec  w ostatniej piosence przyćmił innych. Pokażcie, kto potrafi tak kręcić tyłkiem? :)

Nikki jako Tracy z przymrużeniem oka potraktowała swoją bohaterkę. Nie zabrakło tu również swoistej ironii.

Żeby nie było zbyt kryształowo, w filmie znalazło się miejsce dla zupełnie innych osobiśtości. Velma i Amber są portretami kobiet bezwzględnych, dla których nie ma nic ważniejszego niż kariera i sława. Dla niej będą gotowe zrobić dosłownie wszystko. Makijaże i stroje są ich całym światem.

Link (Zac Efron) to młody chłopak dla którego wygląd jest początkowo najważniejszy jednak pod wpływem Tracy zmienia się. Link to typ lalusia a na dodatek żelusia, który zawsze wygląda, jakby co dopiero wyszedł z salonu piękności.

"Harspray" to film o spełniaiu marzeń. Pokazuje, że warto w nie wierzyć a szczęście przychodzi nieproszone :) Trzeba po prostu pozostać sobą i wierzyć swoim ideałom.

 

piątek, 02 stycznia 2009
Grease (1978)

W końcu mogłam sobie spokojnie całość obejrzeć, bo albo przegapiałam albo musiałam przerywać w połowie bądź też trafiałam na końcówkę. Więc zabarykadowałam się w pokoju i obejrzałam "Grease". Tak, wiem. Nie mam pojęcia jak się uchowałam *trzyma się za uszy* ale dodam, że nadrabiam zaległości. W kolejce czeka" West Side Story" czy "All That Jazz" ;-) Ale wracając do "Grease"...

                   

GENIALNY! Kocham, wielbię i bez muzyki już żyć nie mogę. Czuję się tak samo, jak wtedy, gdy obejrzałam pierwszego boliłuda. Serio. Maksymalne podekscytowanie, słuchanie i oglądanie na okrągło. Przeglądanie zdjęć, czytanie opinii itp. No i została sporządzona lista z must-see musicalami. Pracuję nad zrealizowaniem jej, a później będę sobie szperać na innymi świetnymi musicalami. 

Fabuła zapewne jest doskonale znana.Jednak tak czy siak ją tu zamieszczę ;-)

Danny Zuko (John Travolta), przywódca T-Birds, spędza romantyczne wakacje w towarzystwie Sandy (Olivia Newton-John), którą czeka powrót do rodzinnej Australii. Jednak plany się zmieniają i jej domem staję się Ameryka. Zaczyna naukę w Rydell. Nie wie, że i Danny tam chodzi. Niestety, pozna jego drugą twarz, tak inną, od tej którą poznała na wakacjach...

                  

Historia dosyć przewidywalna, ale za to jak podana! W lekki, przyjemy sposób, suto okraszona wspaniałą muzyką i takim samym aktorstwem.  Już wiem, dlaczego niektóre moje znajome szalały za młodym Travoltą ;-) Można stracić głowę, oj można. Wracając do wrażeń filmowych - "Grease" to energia, młodość, rock'n'roll w najczystszej postaci. Wszystko to, oczywiście łącznie z obsadą, sprawia, że film ten się nie starzeje i podoba się osobom w różnym wieku.

               

Akcja osadzona w collegu, co na fali mojego zainteresowania filmami właśnie tak umiejscowionymi, tylko spotęgowało efekt radości podczas oglądania.

Na co moje oko jeszcze zwróciło uwagę? Na przecudnej urody stroje, kobiece oczywiście ;-) Wspaniałe sukienki, spódnice, zupełnie inne podejście do wyglądu. Uwielbiam takie ciuchy, choć w mojej szafie szukac takich ze świecą ;-) I pomyśleć, że moja mama miała ich pełną szafę i wszystko wyrzuciła :(

Trochę mniej podobało mi się wdzianko Sandy z ostatniej piosenki... Choć trzeba przyznać, że odwagę miała, skoro poddała się aż tak radykalnej zmianie. Heh, czego się nie zrobi dla faceta ;)

               

 

 Skoro mowa o musicalu, nie może zabraknąć piosenek ;-) Równie ponadczasowych, jak i sam film.

Nieśmiertelne "Summer Nights"

 
Zabawne "Lightning" 
 
 
Oraz przebijające wszystko [jak dla mnie]  "You Are The One That I Want" ( i te oczy Travolty *.*)
 
Ogólnie- chcę jeszcze i na jednym seansie na pewno się nie skończy. Wproszę się do brata na seans, bo gdy tylko usłyszał, że "Grease" posiadam, od razu musiałam mu pożyczyć.
 
 
zdjęcia www.allmoviephoto.com