Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Mój świat, czyli to, co aktualnie mnie interesuje. To, czemu poświęcam swój czas. Wszystko się zmienia więc i ja też.
sobota, 14 sierpnia 2010
Nae sarang ssagaji / 100 days with Mr.Arrogant

O ile koreańskie dramy nadal średnio mi podchodzą (choć jest troszkę lepiej niż na samym początku), to filmy mają nawet niezłe ;-)

Po zerwaniu z chłopakiem, Ha-Young (Ha Ji-Won) kopiąc puszkę przypadkowo uszkadza samochód Hyung-Joona (Kim Jae Won). Niestety dziewczyna nie ma pieniędzy, by pokryć straty (3000$) więc chłopak wpada na szalony pomysł- Ha-Young zostanie jego niewolnicą na 100 dni. jednak co się stanie, kiedy zaczną zauważać, że coraz lepiej się czują w swoim towarzystwie i powoli zaczną się w sobie zakochiwać?

"Nae sarang ssagaji" to bardzo lekki, niezobowiązujący film, takie typowe romansidło na leniwy wieczór. Jedyną rysą jest dosyć hardcorowy humor, momentami wręcz obleśny... Ot, chociażby początkowa scena z nauczycielem, łazienka, wypicie "zupy" czy zachowanie koleżanki głównej bohaterki. Musiałam na tych scenach odwracać wzrok a mało co potrafi mnie odrzucić. Na szczęście nie było go zbyt wiele, bo reszta to czysta zabawa, nie okraszona takimi dziwactwami.

Gdyby podzielić film na części, to pierwsza zdecydowanie jest komediowa. Moimi ulubionymi scenami jest naśladowanie Czarodziejki z Księżyca, by dostać się do mieszkania Hyung-Joona, które to Ha Young miała wysprzątać ;-) Późniejsza scena w windzie, gdzie wymięta, zasapana i zmęczona Ha Young trzyma w ręce banknot a kobieta jadąca z nią w windzie bierze ją za prostytutkę. Za to koniec jest bardzo wzruszający. Natomiast już samej końcówki nie za bardzo rozumiem...

Film na pewno ma plusy, ale niestety, mimo całej mojej sympatii do bohaterów, nie były to mocne i wyraziste postaci. Pan Arogancki nie był zbytnio arogancki. Zachowywał się bardziej jak rozpuszczony dzieciak, ale do aroganckiego było mi daleko. Ha-Young była dziecinna, trochę szalona co w pewnych momentach drażniło, ale ogólnie polubiłam tę postać ;-)

"100 days with Mr.Arrogant" zdecydowanie nie zaskakuje, wręcz powala przewidywalnością fabuły, ale jest lekki i przyjemny. Co więcej- przekonałam się, że warto sięgać po koreańskie produkcje. Zresztą od czasu obejrzenia "100 days with Mr. Arrogant" obejrzałam 2 kolejne filmy i jestem na tak ;-)

wtorek, 25 maja 2010
Mo hup leung juk / Butterfly Lovers (2008)

To legenda mówiąca o parze zakochanych, w niebie. Musieli czekać 10 żyć w świecie materialnym, by móc się w końcu spotkać. Każde z nich śniło o łące, pełnej latających motyli, spośród których wyłaniała się postać. Żadne z nich nie widziało twarzy, ale czuli, że to jest przeznaczona im osoba. 

Zakochani będą mogli się spotkać jako Liang (Wu Zun) i Zhu (Charlene Choi). Zhu, przebierając się za mężczyznę, pragnie poznać sztuki walki, ale również poznać świat. Zostaje więc wysłana do szkoły Klanu Swobodnej Duszy, gdzie jej starszym bratem- przewodnikiem i nauczycielem, zostaje Liang. Przypadkowo odkrywa, że jego młodszy brat jest kobietą. Kobietą, o której śnił. Zhu również wyjawia Liangowi, że on jest mężczyzną, o której śniła. Jednak ich szczęście nie trwa długo- Zhu ma wyjść za Ma Chenga (Hu Ge), który dzięki swojej pozycji politycznej, zdobytej w podstępny sposób, może zapewnić bezpieczeństwo jej rodzinie. Jest bezwzględnym człowiekiem i zrobi wszystko, by Zhu została jego żoną. Ta historia może mieć tylko jego zakończenie...

Historia ta bywa nazywana chińską wersją "Romea i Julii", jednak trzeba dodać, że chińska legenda powstała o wiele wcześniej.
Zawsze lubiłam legendy oraz filmy, których akcja nie dzieje się w czasach nam współczesnych. Obejrzenie tego filmu pewnie było tylko kwestią czasu, którą przyspieszył fakt, że gra tu Wu Zun, do którego mam ostatnimi czasy zwyczajną słabość, która momentami zaczyna mnie samą przerażać ;-) Wu Zun tutaj miło mnie zaskoczył, bo jako Liang był po prostu niesamowity. I to nie tylko ze względu na wygląd, choć musze przyznać, że Wu wyjątkowo wyglądał w starodawnych strojach. Dodam, że wcześniej widziałam go w tajwańskiej dramie „Hana Kimi”, więc kontrast był większy, pomiędzy rolą Quana i Lianga. 

„Butterfly lovers” to historia o miłości, która się nie zdarza. Ponadczasowej, niewinnej, szczerej i czystej. Takiej, dla której można zrobić wszystko i poświęcić wszystko. Która nie oczekuje niczego w zamian. Dwoje zakochanych, przeznaczonych sobie osób, które mogą spotkać się tylko po śmierci.


Film jest niezwykle piękny wizualnie, a Dolina Motyli jest najpiękniejszym plenerem filmowym, jaki widziałam ostatnimi czasy. Wspaniałe sceny walki, choć ostatnia była trochę przydługa, cudowna muzyka i aktorstwo sprawia, że nie mogę o tym filmie zapomnieć. Klimat tego filmu jest specyficzny i nie każdy może w całości dać pochłonąć się filmowi. Osobiście uwielbiam tak liryczne filmy, więc po obejrzeniu, mimo małych minusów, jestem zachwycona "Butterfly Lovers". Może zbyt mało czasu poświęcono pokazaniu uczucia między Liangiem i Zhu, tym bardziej, że wg legendy mieszkali w klanie 3 lata, ale z perspektywy czasu, bo od obejrzenia minęło już kilka dni, doszłam do wniosku, że ich miłość nie musiała być aż tak bardzo tłumaczona.


Trafiłam w sieci na kilka miażdżących recenzji, ale ja, jak to ja, zawsze lubiłam coś innego. Mną ta historia zawładnęła. Chić tym samym muszę przyznać, że dalej zwyczajnie  bawi mnie to, że dziewczyna z powodzeniem może udawać chłopaka i nikt tego nie odkrywa. No, może poza głównym bohaterem, który odkrywa to w dosyć ciekawy sposób ;-)

Jest jeszcze inny powód, dlaczego "Butterfly lovers" spodobało mi się. W odróżnieniu od "Romea i Julii", którzy, jakby nie patrzeć, zginęli ze zwyczajnej głupoty, tak w przypadku bohaterów BL popchnął ich do tego czynu tragizm. Zhu została zmuszona do małżeństwa, inaczej jej rodzice zostaliby zamordowani...

Ta historia jest ponadczasowa a motyle powinny być w parach ;-)